Skandalista Donald Trump w 2026 roku

Ostatnich tygodni dla Donalda Trumpa bynajmniej nie można nazwać łatwymi. Ciągnąca się już od ponad roku sprawa z odtajnieniem akt Epsteina – w której początkowo był obwiniany za opieszalstwo, a następnie oskarżany o spisek i udział w przestępczym procederze – doprowadziła do swojego rodzaju “rewolty” wewnątrz Partii Republikańskiej oraz zasiała ziarno niepewności wśród wyborców MAGA.

Wypowiedziana 28 lutego wojna Izraela i Stanów Zjednoczonych przeciwko siłom Iranu postawiła światową ekonomię w niepewnej sytuacji, a amerykańskich chłopców (jak często określani są żołnierze US Army) wysłała na krwawe pole bitwy. Po ponad dwóch tygodniach działań wojennych życie straciło co najmniej 13 amerykańskich żołnierzy, a ponad 200 odniosło rany. To dotkliwy cios w narrację wyborczą Donalda Trumpa, który przestrzegał przed głosowaniem na Demokratów, mających rzekomo „wciągnąć kraj w wojnę z Iranem”, co teraz poważnie szkodzi jego wiarygodności.

Widmo porażki w wyborach

W atmosferze nadszarpniętego zaufania i skandalu Partia Republikańska przygotowuje się na przyjęcie ciosu w midtermach, czyli wyborach do Kongresu USA, które odbywają się dokładnie w połowie kadencji prezydenta – tym razem w listopadzie 2026 roku. Regularnie prowadzone badania wskazują na spadek poparcia zarówno dla GOP, jak i dla samego Donalda Trumpa. Jak podaje The Economist, na dzień 24 marca aż 58% Amerykanów nie popiera prezydentury Trumpa. Wobec widma utraty Kongresu prezydent postanowił działać i domaga się przyjęcia ustawy SAVE za wszelką cenę.

Co to jest SAVE Act i jakie są jego założenia?

Safeguard American Voter Eligibility Act (SAVE Act) to ustawa o zabezpieczeniu amerykańskiego wyborcy, zakładająca zaostrzenie przepisów dotyczących przystąpienia do głosowania w wyborach federalnych przez obywateli amerykańskich.

Aktualne przepisy różnią się w zależności od stanu, jednakże ogólna praktyka polega na tym, że podczas rejestracji do spisu wyborców osoba musi okazać dokument tożsamości oraz poświadczyć pod groźbą krzywoprzysięstwa, że jest obywatelem USA. Co więcej, identyfikacja wyborcy przy urnie odbywa się na podstawie okazanego dokumentu (np. prawa jazdy lub legitymacji studenckiej), a sam proces głosowania korespondencyjnego przebiega płynnie – w większości stanów można podjąć decyzję o głosowaniu listownym lub internetowym bez podania przyczyny.

Nowe przepisy zmieniają ten względnie liberalny stan rzeczy i znacznie utrudniają zarówno wpisanie się na listę wyborców, jak i sam proces głosowania. Zgodnie z SAVE Act, przy rejestracji wyborczej należy przedstawić fizyczny dokument potwierdzający obywatelstwo amerykańskie (paszport, akt urodzenia lub certyfikat naturalizacji). W wyborach federalnych nie będzie można natomiast zagłosować bez okazania ważnego dokumentu tożsamości ze zdjęciem, który jednocześnie nie może być prawem jazdy ani legitymacją studencką.

Ograniczenia dotkną również rejestracji online i pocztowej, ponieważ osoby rejestrujące się w ten sposób będą musiały stawić się w urzędzie osobiście, aby potwierdzić swoje obywatelstwo. Stany zostaną zmuszone do korzystania z federalnych narzędzi do usuwania nieuprawnionych osób z list wyborczych. Ostatecznie pracownikom komisji wyborczych mogą grozić surowe kary (nawet 5 lat więzienia) za niedopełnienie obowiązków i dopuszczenie do głosowania osoby, która nie spełnia wymogów.

Dlaczego głosować za?

Główną osią narracji zwolenników SAVE Act jest bezpieczeństwo demokracji i zaufanie do instytucji wyborów. Zauważają oni, że obecny system, oparty głównie na pisemnym oświadczeniu, jest niewystarczający. Ostrzegają przed realnym ryzykiem fałszerstw wyborczych i przekonują, że zaostrzenie przepisów oraz kar za nieprzestrzeganie prawa jedynie zwiększy zaufanie do wyników.

Co więcej, istotnym punktem jest dla nich ujednolicenie przepisów w całym kraju. Projekt wprowadza spójny, ogólnokrajowy standard weryfikacji tożsamości (Photo ID) oraz obywatelstwa, zastępując mozaikę różnych przepisów stanowych jednym rygorystycznym wymogiem.

Ostatecznie zwolennicy tej ustawy wskazują na brak nadmiernego obciążenia obywateli. Jak argumentuje Jason Snead z Honest Elections Project – większość osób rejestruje się do głosowania osobiście, więc wymóg okazania dokumentu na miejscu nie będzie dla nich drastycznym utrudnieniem.

Na papierze projekt zakłada zabezpieczenie demokracji i wzmocnienie instytucji wyborczych na wypadek potencjalnych oszustw. Dla nas, obywateli Polski, wydaje się całkiem logiczne, że idąc na głosowanie, okazujemy dowód osobisty i nikt nie ma wątpliwości, kim jesteśmy. Jednakże w tym przypadku sprawa nie musi być tak zero-jedynkowa.

Jakie są argumenty przeciwników?

Przeciwko ustawie wypowiedzieli się Demokraci, którzy wymieniają szereg zagrożeń, jakie ich zdaniem niesie SAVE Act. Spór dotyczy w głównej mierze ryzyka masowego pozbawienia praw wyborczych i stopniowego wykluczenia grup społecznych szczególnie nieprzychylnych Donaldowi Trumpowi.

Faktem jest, że ponad 21 milionów uprawnionych do głosowania Amerykanów nie ma łatwego dostępu do dokumentów poświadczających obywatelstwo, a ponad 2 miliony nie posiada nawet dokumentu ze zdjęciem (dane za: Brennan Center). Rzeczywiście otrzymanie chociażby aktu urodzenia lub paszportu nie jest tak proste, jak by się wydawało. Przede wszystkim trzeba mieć czas i środki na to, aby móc przejechać nierzadko setki kilometrów po odbiór takiego zaświadczenia, a urlopy pracownicze nie są tak dostępne jak w Europie. Samo wyrobienie paszportu to koszt 165 $, a zdjęcie to dodatkowe 20 $. Odzyskanie aktu urodzenia kosztuje około 100-150 $.

Dowody osobiste również nie są standardem w Stanach. Odpowiednikiem naszego europejskiego dokumentu tożsamości w Ameryce jest zazwyczaj prawo jazdy. Jednakże nie potwierdza ono obywatelstwa. To samo dotyczy tak zwanych „REAL ID”, które są quasi-dowodami osobistymi – one również nie są wskazują na posiadane obywatelstwo.

Jak zaznaczają przeciwnicy projektu, nowe regulacje uderzą przede wszystkim w osoby ubogie oraz osoby o niebiałym kolorze skóry, które mogą mieć trudności z dostępem do odpowiednich dokumentów. Ponadto ucierpią również młodzi wyborcy, którzy zostaną pozbawieni możliwości głosowania na podstawie legitymacji studenckiej.

Krytycy ustawy powołują się również na dane (m.in. Heritage Foundation), które pokazują, że problem fałszerstw wyborczych wynikających z braku obywatelstwa jest marginalny (mniej niż 100 potwierdzonych przypadków w latach 2000–2025).

Kolejnym problemem jest fakt, że dane na akcie urodzenia muszą zgadzać się z obecnymi danymi obywatela. Nie brzmi to jak duży problem – wszakże zazwyczaj żyjemy pod tym samym nazwiskiem. Otóż niekoniecznie, bo zapis ten wyklucza mężatki, które przyjęły nazwisko męża, a także osoby po korekcie płci. Co prawda Senat przegłosował poprawkę nakładającą obowiązek pisemnego poświadczenia przez kobiety, że ich nazwisko panieńskie zgadza się z tym w akcie urodzenia, ale wciąż nie rozwiązuje to problemu wykluczenia osób transpłciowych, co może być postrzegane jako element wojny ideologicznej.

Paradoksem całej tej sytuacji jest to, że jedną z największych grup zagrożonych są wyborcy samego Donalda Trumpa. Jak wskazują dane, to właśnie w stanach najbardziej republikańskich odnotowuje się największy odsetek osób bez ważnego dokumentu poświadczającego obywatelstwo.

Gdybym był cyniczny, powiedziałbym, że bilans zysków i strat ma zrównoważyć weryfikacja rejestrów (tzw. Voter Purges). Polega ona na zmuszeniu stanów do usuwania „nieaktywnych” i nieuprawnionych wyborców. Jak podnoszą przeciwnicy, proces ten opiera się często na błędnych bazach danych i prowadzi do skreślenia pełnoprawnych obywateli z list.

Demokraci straszą paraliżem administracyjnym, ponieważ ustawa nie przewiduje buforu czasowego na wprowadzenie nowych przepisów ani żadnych środków z budżetu federalnego na pomoc we wdrożeniu zmian technologicznych i prawnych.

Martyrologia Donalda Trumpa – czyli jaki jest kontekst?

Donald Trump pokłada bardzo duże nadzieje w ustawie SAVE Act i inwestuje potężne środki w budowanie konkretnego dyskursu wokół tego projektu. Główna oś narracyjna dotyczy mitów o „ukradzionych wyborach w 2020 roku” oraz prawie „sfałszowanych” wyborach w roku 2016. Ten pierwszy jest swoistym kamieniem węgielnym retoryki ruchu MAGA, według której w 2020 roku wybory w stanie Georgia były nieuczciwe. Pomimo braku dowodów na rzekome fałszerstwa, nowojorski biznesmen wypowiedział wojnę instytucji wyborów korespondencyjnych.

Drugi mit to opowieść o establishmencie, który dzierży władzę dzięki głosom nielegalnych imigrantów. Zgodnie z tą narracją Demokraci umyślnie utrzymują wadliwy system, ponieważ są jego bezpośrednimi beneficjentami. To właśnie dzięki rzekomym 3 milionom „nielegalnych” wyborców Hillary Clinton miała wygrać z Trumpem w głosowaniu powszechnym w 2016 roku.

Projekt SAVE Act to kontynuacja opowieści o niebezpiecznych imigrantach niszczących amerykańską demokrację. Jest to fundament drugiej kadencji Trumpa i idealnie wpasowuje się w dyskurs MAGA. Zjednoczenie przeciwko „Innemu” ma zagwarantować aktualnemu prezydentowi USA dokończenie kadencji (istnieje realne ryzyko impeachmentu w przypadku utraty Kongresu przez GOP) oraz dalszą realizację Projektu 2025.

Czy ta ustawa w ogóle wejdzie w życie?

Odpowiedź na to pytanie jest łatwiejsza, niż się wydaje. Pomimo posiadania większości w Senacie, Republikanie nie są w stanie samodzielnie przegłosować SAVE Act. Wynika to z procedury filibuster, czyli obstrukcji parlamentarnej. Zakłada ona „przegadanie” ustawy poprzez przedłużanie debaty. Senatorowie mogą zabierać głos bez limitu czasu, a zakończenie dyskusji wymaga uzyskania 60 głosów. Republikanie posiadają tylko 53 mandaty, a ponadto brakuje woli politycznej, aby zmienić przepisy i usunąć tę procedurę.

SAVE The Trump

Wszystko wskazuje na to, że ustawa SAVE nie wejdzie w życie, a Donald Trump nie będzie mógł czuć się – nomen omen – bezpiecznie. Z perspektywy Europejczyka aktualne prawo w USA wydaje się dziurawe i oparte na zaufaniu społecznym, które łatwo nadużyć. Sami Amerykanie, według badań Pew Research Center, popierają wprowadzenie Voter ID, czyli jednego spójnego dokumentu dla wszystkich obywateli, który legitymizowałby ich udział w wyborach (ponad 80% jest na tak). Z drugiej strony proponowane zmiany wprowadzają zamieszanie administracyjne i zagrażają milionom obywateli w dostępie do wyborów gwarantowanych przez konstytucję. Choć debata na ten temat jest konieczna, aktualna atmosfera polityczna w Stanach nie sprzyja spokojnym deliberacjom. Pozostaje wierzyć, że ostatecznie nie ucierpią na tym zwykli Amerykanie.