Zdjęcie Geerta Wildersa z Donaldem Trumpem, wykonane podczas szczytu NATO w Hadze 25 czerwca 2025 roku, miało być symbolem siły, międzynarodowego rozpoznania i wejścia holenderskiej skrajnej prawicy do grona najważniejszych polityków. W praktyce może dziś być odczytywane zupełnie inaczej: jako fotografia z momentu szczytowego, po którym zaczął się polityczny zjazd. Bo wszystko wskazuje na to, że to właśnie wtedy nastąpił początek końca Wildersa.
Wilders przez lata budował swój wizerunek na prostym mechanizmie: być zawsze w opozycji, zawsze w kontrze, zawsze przeciw elitom. Kiedy jednak dostał realny wpływ na władzę, okazało się, że polityka protestu i polityka odpowiedzialności to dwa różne światy. Upadek rządu Dicka Schoofa był tego najbardziej spektakularnym dowodem. To Wilders „wyciągnął wtyczkę” z koalicji, oskarżając partnerów o zbyt miękkie podejście do migracji. Efekt był natychmiastowy: gabinet się rozsypał, Schoof podał się do dymisji, a sam premier nazwał ten ruch „niepotrzebnym i nieodpowiedzialnym”. Zamiast pokazać sprawczość, Wilders pokazał, że łatwiej mu demolować niż rządzić.
Jeszcze bardziej symboliczne było to, co wydarzyło się później. Gdy przyszło do politycznego rozliczenia, Wilders nie stanął do pełnej konfrontacji. Jego nieobecność w debatach w trakcie kampanii wyborczej została formalnie wyjaśniona zagrożeniem dla bezpieczeństwa, co wynikało z doniesień o możliwym zagrożeniu ze strony belgijskiej komórki terrorystycznej. Niedawno jednak okazało się, że Wilders komunikował się w sprawie niepojawienia się na debacie, ale nie chciał wyjść na tchórza i szukał sensownej wymówki. Jako dowód tej decyzji gazeta „de Volkskrant” opublikowała omówienie smsów z Gideonem Markuszowerem. W polityce jednak liczy się nie tylko oficjalny komunikat, lecz także obraz, jaki zostaje w głowach wyborców. Obraz był taki: lider, który obala rząd, a potem znika z pola walki. Dla przeciwników i części zawiedzionych wyborców wyglądało to jak zwykłe stchórzenie przed debatą i przed odpowiedzialnością za własne decyzje.
Na tym jednak kryzys się nie zatrzymał. W styczniu 2026 roku pojawiło się pęknięcie tam, gdzie dla Wildersa było najgroźniejsze: we własnym obozie. Siedmioro posłów PVV pod wodzą Gideona Markuszowera opuściło frakcję w Izbie Reprezentantów i utworzyło własną grupę. To nie był tylko personalny konflikt ani chwilowy bunt. Był to sygnał, że model partii zbudowanej wokół jednego człowieka zaczął się wyczerpywać. Wilders latami utrzymywał pełną kontrolę nad formacją, ale taka konstrukcja ma jedną zasadniczą wadę: kiedy lider słabnie, słabnie wszystko. Rozłam w parlamencie pokazał, że nawet wewnątrz PVV rośnie przekonanie, iż Wilders nie daje już zwycięstwa, a staje się balastem.
Za buntem przyszły liczby. Sondaże zaczęły pokazywać wyraźny spadek poparcia dla PVV. Ipsos I&O odnotował w styczniu, że PVV traci i spada do 23 mandatów, a część strat przechwytują Właściwa Odpowiedź 2021 (JA21) i Forum na rzecz Demokracji (FvD). Podobny trend pokazały badania EenVandaag i Verian, w których widoczny był dalszy zjazd PVV oraz korzyści dla JA21. To szczególnie niebezpieczne dla Wildersa, bo oznacza, że nie traci wyborców na rzecz centrum, tylko na własnej flance. Innymi słowy, nawet elektorat protestu uznaje, że są dziś inni, bardziej wiarygodni lub bardziej konsekwentni politycy po prawej stronie.
To właśnie może przesądzić o jego przyszłości. Wilders był silny tak długo, jak długo wydawał się jedynym uosobieniem gniewu, frustracji i antysystemowego buntu. Kiedy jednak przestał być skuteczny, a zaczął być przewidywalny, jego monopol pękł. Jedni wyborcy odpływają do JA21, bo szukają twardszej prawicy w ładniejszym opakowaniu. Inni wracają do FvD, bo wolą bardziej radykalny, mniej skompromitowany bunt, nawet jeśli partia przyjaźni się z osobami wyrzuconymi z niemieckiej AfD za zbyt skrajne poglądy. Dla Wildersa to najgorszy możliwy scenariusz: przestaje być postrzegany jako człowiek, który mówi, jak jest, a zyskuje wizerunek polityka, który dużo krzyczy, a kiedy dostaje szansę, doprowadza do chaosu.
Zdjęcie z Trumpem miało być dowodem, że Wilders wszedł na poziom wielkiej, międzynarodowej polityki. Dziś wygląda raczej jak fotografia polityka, który uwierzył we własny mit. Upadek rządu Schoofa, nieobecność w debatach, rozłam w PVV i spadające sondaże układają się w jedną historię: Wilders przegrał. Niekoniecznie zniknie on z holenderskiej polityki jutro czy pojutrze. Ale po raz pierwszy od dawna widać wyraźnie, że jego projekt może się nie rozszerzać, tylko kurczyć.



