Droga do Energiewende

Droga do Energiewende

Niemieckie władze stwierdziły, że przyszłość energetyki należy do odnawialnych źródeł, ale koszty tej decyzji odbijają się na zwykłych ludziach. Od kilku lat ceny prądu w Niemczech idą w górę szybciej niż w sąsiednich krajach, a właściciele gospodarstw domowych z trudem płacą rosnące rachunki. Niemcom zaczyna doskwierać także uzależnienie od importu – nie tylko rosyjskiego gazu, ale i kluczowych komponentów z Chin, zwłaszcza do elektrowni wiatrowych i fotowoltaiki. Czy Energiewende od początku była projektem skazanym na porażkę, czy Niemcy są w stanie skorygować kurs i odbudować swoją energetyczną potęgę?

Czym jest Energiewende?

Niemieckie pojęcie Energiewende (dosł. zwrot energetyczny lub transformacja energetyczna) oznacza kompleksową zmianę polityki energetycznej – od paliw kopalnych i atomu w kierunku odnawialnych źródeł energii. Początki tej idei sięgają ruchu antynuklearnego lat 70. XX w., kiedy to protesty obywatelskie (np. w Wyhl nad Renem) ukształtowały społeczne oczekiwania odejścia od atomu. Celem Energiewende od samego początku było ograniczenie emisji CO2, zapewnienie bezpieczeństwa energetycznego (uniezależnienie się od importu paliw), eliminacja ryzyka związanego z energetyką jądrową oraz utrzymanie konkurencyjności gospodarki.

Początek wielkiego eksperymentu

Jeśli ktoś próbuje wskazać moment, w którym Niemcy naprawdę postanowiły przestawić swoją energetykę na nowe tory, zwykle wraca do przełomu lat 90. i początku XXI wieku. Wtedy władzę w Berlinie sprawowała koalicja SPD i Zielonych, a transformacja energetyczna zaczęła zyskiwać realny kształt. To właśnie wtedy podpisano porozumienie z operatorami elektrowni jądrowych o maksymalnym czasie ich funkcjonowania oraz wprowadzono ustawę EEG z 2000 roku. Państwo zagwarantowało producentom energii odnawialnej stałe ceny sprzedaży prądu i pierwszeństwo w dostępie do sieci. Efekt był dość szybki: choćjeszcze w latach 90. odnawialne źródła energii były w Niemczech raczej ciekawostką technologiczną, dwie dekady później zaczęły już produkować około jednej czwartej energii elektrycznej w kraju.

Na pewien moment transformacja została jednak przyhamowana. W latach 2009–2011 rząd tworzony przez CDU, CSU i FDP zdecydował się przedłużyć życie elektrowni jądrowych. Decyzja miała głównie wymiar pragmatyczny. Atom dawał stabilną energię, a odnawialne źródła wciąż były niestabilne i drogie. Ten kurs zmienił się natomiast gwałtownie po katastrofie w japońskiej Fukushimie w marcu 2011 roku. W Niemczech wywołała ona potężną debatę publiczną i polityczną. Rząd Angeli Merkel podjął wówczas decyzję, którą dziś wielu uważa za jeden z najważniejszych punktów zwrotnych w europejskiej polityce energetycznej. Berlin nie tylko powrócił do planu wycofania atomu, ale zdecydował się przyspieszyć jego realizację.

W 1990 roku odnawialne źródła energii odpowiadały za około 4 procent produkcji energii elektrycznej w Niemczech. Do połowy drugiej dekady XXI wieku było to już około 27 procent. W całym kraju zaczęły powstawać setki lokalnych inicjatyw energetycznych, spółdzielni i projektów finansowanych przez samorządy lub prywatnych inwestorów.
Po wyborach w 2021 roku, temat Energiewende wrócił na pierwsze strony gazet. Nowa koalicja SPD, Zielonych i FDP zapowiedziała dalsze przyspieszenie transformacji. Wprowadzono między innymi tzw. pakiet słoneczny, który miał przyspieszyć rozwój fotowoltaiki. Trzy ostatnie reaktory jądrowe wyłączono w 2022/23 roku.

Polityka, protesty i zielona rewolucja

Od samego początku Energiewende była projektem mocno politycznym. Najsilniej wspierała ją Partia Zielonych, która od lat 80. budowała swoją tożsamość wokół ochrony środowiska i krytyki energetyki jądrowej. Po ich stronie stanęła także część socjaldemokracji oraz liczne organizacje ekologiczne. Wśród najbardziej aktywnych były między innymi BUND, Greenpeace czy Deutsche Umwelthilfe. To właśnie te środowiska od lat lobbowały za ustawami wspierającymi odnawialne źródła energii oraz za szybkim odejściem od atomu. Kiedy pojawiały się propozycje ograniczenia tempa transformacji, reagowały bardzo ostro. BUND ostrzegał na przykład, że spowolnienie inwestycji w OZE w praktyce oznaczałoby zaniżenie przyszłego zapotrzebowania na sieci energetyczne i nowe źródła energii. Wsparcie dla transformacji przyszło też z młodszego pokolenia. Ruchy takie jak Fridays for Future uczyniły z Energiewende jeden z symboli walki o politykę klimatyczną w Europie.
Po drugiej stronie sceny politycznej sceptycyzm wobec transformacji był znacznie większy. Najbardziej otwarcie krytykuje ją AfD, która uważa Energiewende za projekt szkodliwy dla niemieckiego przemysłu i konkurencyjności gospodarki. Wątpliwości pojawiały się także w części CDU i CSU, zwłaszcza gdy partie te znajdowały się w opozycji wobec rządów z udziałem Zielonych. Zieloni odpowiadają na te zarzuty w prosty sposób. Ich zdaniem problemem nie jest zbyt szybka transformacja, lecz to, że przez lata postępowała zbyt wolno.

Punkt zwrotny

Rząd Angeli Merkel po katastrofie w Fukushimie deklarował, że Niemcy będą w stanie utrzymać bezpieczeństwo energetyczne dzięki rozwojowi energii wiatrowej, słonecznej i wodnej. Problem w tym, że rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana niż polityczne deklaracje. Owszem, odnawialne źródła energii rozwijały się bardzo szybko. W wielu regionach kraju powstały tysiące turbin wiatrowych i instalacji fotowoltaicznych. Jednocześnie jednak niemiecki system energetyczny nadal potrzebował stabilnych źródeł energii, które mogą działać niezależnie od pogody. W praktyce oznaczało to, że w ostatnich latach Niemcy były zmuszone zwiększać udział elektrowni węglowych i gazowych w systemie, aby zapewnić stabilne dostawy energii elektrycznej.

Zwolennicy niemieckiego modelu podkreślają przy tym, że rezygnacja z atomu ma swoje zalety. Najważniejsza z nich jest dość oczywista. Elektrownie jądrowe nie produkują CO₂, ale generują odpady radioaktywne, które trzeba bezpiecznie przechowywać przez setki, a czasem tysiące lat. Niemcy argumentują więc, że ich model pozwala na uniknięcie tego problemu.
Krytycy odpowiadają jednak, że w praktyce oznacza to zastępowanie atomu węglem i gazem, czyli paliwami kopalnymi, które generują emisje i zwiększają zależność energetyczną.

Co ciekawe, w Europie można znaleźć bardzo różne podejścia do tej samej kwestii. Francja nadal opiera swoją energetykę głównie na atomie i traktuje go jako podstawę stabilności systemu. Norwegia z kolei korzysta z dość wyjątkowej sytuacji geograficznej i opiera większość produkcji energii na elektrowniach wodnych.

Europa bez rosyjskiego gazu

Wojna w Ukrainie w bardzo brutalny sposób pokazała coś, o czym w niemieckiej polityce energetycznej przez lata mówiono raczej półgębkiem: Niemcy były w ogromnym stopniu uzależnione od rosyjskiego gazu. Jeszcze przed inwazją w 2022 roku ponad połowa importowanego gazu pochodziła właśnie z Rosji. Gdy dostawy zaczęły się gwałtownie kurczyć, Berlin musiał w trybie niemal awaryjnym szukać nowych źródeł energii.
Efekt był dość spektakularny. W ciągu kilku miesięcy Niemcy zaczęły budować terminale LNG i zwiększać import skroplonego gazu z innych kierunków. Pierwszy pływający terminal uruchomiono w Wilhelmshaven pod koniec 2022 roku, a kolejne powstały w następnych miesiącach. To tempo było o tyle zaskakujące, że przez kilkanaście lat wcześniej Berlin nie zbudował ani jednego takiego obiektu.

Problem polega jednak na tym, że kryzys energetyczny zbiegł się z globalnym zamieszaniem na rynkach surowców. Ceny energii zaczęły rosnąć, inflacja przyspieszyła, a europejskie gospodarki zaczęły coraz mocniej odczuwać skutki droższych paliw. W rezultacie rachunki za prąd i ogrzewanie stały się jednym z najbardziej politycznie zapalnych tematów w Niemczech.

Na sytuację wpływają też decyzje podejmowane w samym Berlinie. System opłat za emisję CO₂ oraz różne elementy finansowania transformacji energetycznej powodują, że część kosztów Energiewende trafia bezpośrednio na rachunki obywateli. Niemiecki model transformacji energetycznej miał być projektem modernizacyjnym. W praktyce coraz częściej staje się także źródłem napięć społecznych i politycznych.

Cena transformacji

Zmiana rządu w Berlinie nie zakończyła jednak sporów o kierunek niemieckiej energetyki. Nowy kanclerz Friedrich Merz z CDU wielokrotnie podkreślał, że decyzja o wycofaniu się z energetyki jądrowej była „poważnym strategicznym błędem” i jednym z powodów rosnących kosztów transformacji energetycznej. Jego zdaniem Niemcy zamknęły elektrownie atomowe zbyt szybko, tracąc stabilne źródło produkcji energii. Jednocześnie rząd CDU-SPD nie planuje realnego powrotu do klasycznych elektrowni jądrowych. Minister gospodarki, Katherina Reiche z CDU, stwierdziła wprost, że po zakończeniu procesu wygaszania atomu powrót do tej technologii jest dziś mało realistyczny zarówno politycznie, jak i ekonomicznie. Oznacza to dość paradoksalną sytuację. Kanclerz otwarcie krytykuje decyzje poprzednich rządów dotyczące atomu, ale jednocześnie Berlin nie zamierza ponownie uruchamiać zamkniętych reaktorów. W efekcie niemiecka strategia energetyczna wciąż sprawia wrażenie pełnej napięć i sprzeczności.

Dlaczego to ważne?

Historia niemieckiej transformacji energetycznej wcale nie jest wyłącznie wewnętrzną sprawą Berlina. Niemcy są największą gospodarką Unii Europejskiej i jednym z największych konsumentów energii na kontynencie. To oznacza, że wszystko, co dzieje się w ich systemie energetycznym, prędzej czy później zaczyna wpływać na całą Europę.
Wyższe ceny energii w Niemczech nie są tylko problemem niemieckich gospodarstw domowych. Mają bezpośrednie przełożenie na konkurencyjność europejskiego przemysłu. Dla wielu sektorów, takich jak chemia, stal czy cement, koszt energii jest jednym z najważniejszych elementów produkcji. Jeśli energia drożeje, firmy zaczynają ograniczać produkcję albo przenosić ją do innych regionów świata. W ostatnich latach było to widać szczególnie wyraźnie w Europie, gdzie wysokie ceny energii zaczęły osłabiać konkurencyjność przemysłu wobec Stanów Zjednoczonych czy Chin.

Skala problemu jest zresztą dobrze udokumentowana. Według danych Komisji Europejskiej ceny energii dla europejskiego przemysłu wciąż pozostają znacznie wyższe niż przed kryzysem energetycznym, a w wielu przypadkach są nawet kilka razy wyższe niż u głównych partnerów handlowych.
Czy da się pogodzić ambitne cele klimatyczne z bezpieczeństwem energetycznym i konkurencyjnością przemysłu? Czy Europa jest w stanie przeprowadzić transformację energetyczną bez utraty części swojej bazy przemysłowej?
Właśnie wokół takich pytań toczą się dziś najciekawsze dyskusje o przyszłości europejskiej energetyki. Między innymi dlatego Stowarzyszenie Racja organizuje „Modelowane Negocjacje” poświęcone polityce energetycznej. W ich trakcie uczestnicy próbują wejść w rolę polityków, negocjatorów i ekspertów, którzy muszą znaleźć równowagę między ambicjami klimatycznymi a realnymi ograniczeniami gospodarczymi.
Jeżeli interesuje Cię, jak mogłyby wyglądać takie rozmowy w praktyce, albo chciałbyś sam spróbować zmierzyć się z jednym z najważniejszych wyzwań współczesnej polityki, możesz zgłosić się do udziału w „Modelowanych Negocjacjach”. To okazja, żeby zobaczyć od środka, jak wyglądają decyzje, które w realnym świecie wpływają na gospodarkę, politykę i codzienne życie milionów ludzi.

Tekst redagowała Laura Stepaniak.
Źródło:

  1. https://www.cleanenergywire.org/factsheets/history-behind-germanys-nuclear-phase-out#:~:text=A%20contradictory%20approach%3F%20Germany%20wants,of%20filling%20the%20gap%20with
  2. https://www.cleanenergywire.org/factsheets/qa-germanys-nuclear-exit-one-year-after#:~:text=Decades%20of%20debates%20came%20to,Yet%2C%20global%20nuclear%20power
  3. https://world-nuclear.org/information-library/country-profiles/countries-g-n/germany